Zima da się znów we znaki
Zima nie przestaje dawać się nam we znaki. Niestety przemieszczać wielu z nas się musi, a samoloty są poniekąd najszybszą formą transportu – zwłaszcza zimną. Nie muszą ciągnąć się w wielogodzinnym korku za odśnieżającym pługiem, nie ma niebezpieczeństwa, że wpadną w poślizg na zakręcie. Samolotem – zawsze szybko. No właśnie… Czy zawsze. Zima to zima i nie na nią nie poradzimy. Także i w lotnictwie zdarzają się gigantyczne opóźnienia spowodowane warunkami atmosferycznymi.
Już dwukrotnie paraliż dopadł lotniska całej Europy. Najpierw bezpośrednio przed Świętami Bożego narodzenia, a potem po Nowym Roku. Zima sypnęła śniegiem i sypała nim przez kilka dni. Na lotniskach znów utknęły setki pasażerów psiocząc na zły los. Miałam to nieszczęście siedzieć w tym czasie na podparyskim lotnisku. W nienajlepszej atmosferze wściekłych pasażerów, których lot odwołano. Pretensji ludzi nie było końca.
Owszem można się wściekać, że ekipa nie odśnieżyła, nie odczyściła z lodu pasa startowego, ale z drugiej strony, loty przecież odwoływano w trosce o bezpieczeństwo. O nasze bezpieczeństwo.
Zobacz zimę na lotniskach na filmach:
Osobiście wolę przekoczować dwa dni w porcie lotniczym nawet gdy się spieszę niż zdać się na głupotę i za wszelką cenę polecieć… Być może w swój ostatni lot. Mimo wszystko uważam, że obsługa lotu wie co robi. Zwłaszcza że byłam w ogromnym szoku, gdy zobaczyłam jak podczas opadów śniegu na bieżąco odczyszczany był z niego dach terminala. Poczułam się naprawdę … komfortowo. Wiedziałam, że tam na górze ci marznący ludzie robią wszystko, by my na dole psioczący i popijający ciepłą herbatkę, a niektórzy Polacy jak zwykle co mocniejszego, mogli w terminalu bezpiecznie oczekiwać na swój lot. Który kiedyś przecież się odbędzie…
Skąd więc irytacja innych pasażerów? Mogła irytować jedynie niekompletna informacja. W XXI wieku powinna ona działać bez zarzutu. A nie zadziała. Co chwila słyszeliśmy, że lot przesunięty, że opóźniony, a dopiero po kilku godzinach okazało się, że jednak będzie odwołany. Nie można było tak od razu? Im częściej powtarzana była informacja zwiazana z opóźnieniem tym częściej narastała frustracja oczekujących. Frustracja i wściekłość. Co dziwne – jeden z biznesmenów, z którym spędziliśmy obok siebie czas w sektorze dla VIP-ów, gdzie postanowiłam przyłączyć się do sieci i popracować, za cholerę nie był w stanie zrozumieć dlaczego jego samolot jednak nie poleci. Bo mu się spieszy… Do pracy. Kontrakty czekają, ludzie czekają. A on utknął na jakimś (wpippczeć musze to słowo) lotnisku. Nie docierały do niego moje argumenty, które przez kilka minut próbowałam mu wyłuszczyć. Skończyło się tym, że dowiedziałam się, że mam układ z ekipą lotniska – ale nie z nim takie numery. Szkoda gadać.
Mi też się spieszyło. Do domu. Do pracy. Do dziecka. Ale ja chciałam po prostu dolecieć. I cała i zdrowa. Prędzej czy później. I już po dwóch dniach doleciałam. Gdy samolot wylądował we Wrocławiu odkryłam, że u nas są jeszcze gorsze warunki niż we Francji, ale jakoś tym nikt specjalnie się nie przejmował. Loty były opóźnione, ale nie odwoływane… Za to drogi… Tu lepiej skończę ten temat, bo droga do domu z lotniska, zajęła mi nie 45 minut jak zwykle, a 3 godziny. Morał z tego, że podczas ataku zimy, a taki mieliśmy kilka dni temu, gdy sypało śniegiem (niestety prognozy zapowiadają kolejne), lepiej po prostu siedzieć w domu. Nie będziemy musieli niepotrzebnie się wściekać i na siebie i na innych, nie będziemy musieli obserwować jak niektórzy potrafią igrać z własnym i innych bezpieczeństwem. Lotniska czeka jeszcze jeden paraliż śniegowy – na początku przyszłego tygodnia. Chyba że pogodynki się mylą. Ale pomyłki w ostatnich latach zdarzają im się coraz rzadziej.
Brak komentarzy
RSS feed for comments on this post.